There are no translations available.

03 sierpień 2010 – Podróżować jest bosko! 

Z zielonego Yunannu mieliśmy pierwotnie zamiar jechać na południe, bo stamtąd do Wietnamu był już przysłowiowy rzut beretem. Ale jakoś nie mogliśmy się oprzeć magii Hongkongu, który był od nas oddalony o jedyne 1200 km. Pomyśleliśmy: teraz albo nigdy! Raz się żyje… Wsiedliśmy w pociąg i przyjechaliśmy. Ot voila! :) Czyli nadchodzący tydzień spędzimy w Hongkongu!

  

  

29 lipca 2010 – Inaczej niż w supermarkecie

Podczas naszego pobytu pośród tarasów ryżowych wybraliśmy się do sąsiadującej wioski na targ. Wybraliśmy się i my, i cała ludność z innych okolicznych wiosek. My z plecakami, reszta ze swoimi koszami na plecach. Dowiedzieliśmy się od naszej gospodyni, że targ odbywa się tylko raz w tygodniu i jest doskonałą okazją do uzupełnienia zapasów. My, karmieni w eko-kuchni zapasów robić nie musieliśmy, ale była to dla nas doskonała okazja do posiedzenia i przyjrzenia się lokalnej ludności, zwanej Hani. Ludzie Hani jako chińska mniejszość etniczna znana jest nie tylko z upraw ryżu, ale także z bardzo charakterystycznych folklorystycznych strojów, jakie wciąż noszą na co dzień (w odróżnieniu od tych czasem przebieranych dla turystów w bardziej znanych miejscach barwnych Chin).

Jak tylko zobaczyliśmy główną uliczkę, wzdłuż  której porozkładane były wszelkiej maści produkty, zrobiło nam się tęczowo przed oczyma. Kolorowo ubrani ludzie w towarzystwie wszelkiej maści owoców i warzyw stanowili prawdziwą ucztę dla oczu. Przepiękni tubylcy ubrani w swoje tradycyjne stroje, handlujący wszystkim, co dała im Matka Natura. Niezwykłe! I na próżno było szukać siatek, plastikowych toreb czy metalowych pudełeczek. Wszystko, co stanowiło przedmiot handlu przechodziło w ręce kupca z niesamowitą starannością. Widzieliśmy jajka oplecione specjalną trawą, żeby się nie potłukły, cebulki, ziarna, orzechy – w ręcznie plecionych koszyczkach, a coś co przypominało szczypiorek, zapakowane było w torebki z liści. I w środku tego warzywno – mięsnego skansenu znaleźliśmy się my – trochę żałujący, że w Europie to wszystko wygląda już zupełnie inaczej.  

  

 

 

 

  

  

 

 

 

 

 

26 lipca 2010 – Jak rośnie ryż?

Chiny mogą się pochwalić 85% światowych zbiorów ryżu. Ryż najlepiej rośnie na terenach zabagnionych, potrzebuje mnóstwa wilgoci i ciepła. Dlatego południowo – wschodni Yunnan jest dla niego wręcz wymarzonym miejscem. Okazał się wymarzonym zresztą nie tylko dla ryżu, ale także dla nas.

Pojęcie tarasów ryżowych w Azji jest dość popularne. Tarasy coraz częściej traktowane są jak atrakcja turystyczna – tuż przy nich można coraz częściej spotkać budki z biletami wstępu. Chcesz popatrzeć jak rośnie ryż – zapłać. Trochę to dziwne, bo równie dobrze można by w Polsce pobierać opłaty na przykład za oglądnie pól rzepaku. Bo też jest ładny. Jeśli jednak bardziej się przyjrzeć tarasom, i ich strukturze, to można zrozumieć, dlaczego niektórzy zwykli je nazywać naturalnym cudem świata…

Takie właśnie cudowne, jeszcze dzikie, i przez turystów nie do końca odkryte są tarasy w regionie Yuanyang. My dowiedzieliśmy się od nich od poznanych jeszcze w Mongolii Belgów. Tutaj na wszystkich wzgórzach okalających olbrzymie doliny ciągną się nieskończone ilości zielonych schodów. Wczesną wiosną, kiedy ryż jest świeżo posadzony zalewa się go całkowicie wodą. Wtedy, jak słyszeliśmy, widok jest niesamowity – pojawiają się tylko pola mieniącej się wody przedzielone kanałami irygacyjnymi, które z daleka wyglądają jak linijki. Tarasy wypełnione wodą muszą wyglądać jakby tańczyły – to tafle wody dają ten niesamowity efekt. My zajechaliśmy do Yuanyang na to znakomite przedstawienie pod koniec lipca, kiedy z wody wyrosła piękna, kołysząca się ryżowa trawa. Przechadzając się pomiędzy jednym polem ryżowym a drugim widzieliśmy wystający od czasu do czasu kapelusz. Tutejsi Chińczycy mają do wykonania prawie syzyfową pracę – uprawy ryżu jakby nie mają końca… No ale w końcu musi się nim wykarmi prawie cały świat.

Wioska, w której się zatrzymaliśmy – Duoyishu – była skupiskiem kilkudziesięciu surowych domków. Ludzie tutaj żyją jakby czas się zatrzymał. Może dlatego, że do wioski nie dochodzi żadna droga – jeśli nie liczyć wąskiej, krętej dróżki. Oprócz nas było w niej zaledwie trzech innych obcokrajowców. Wreszcie! Tubylcy stawali jak wmurowani widząc nas idących ścieżkami pośród ryżu. Widać, że pojęcie turysty jeszcze tutaj nie dotarło. Dlatego za wejście na tarasy nie zapłaciliśmy ani pół yuana. Wręcz przeciwnie – tarasy ryżowe rozpoczynały się tuż za naszym oknem. Gospodyni domu w którym się zatrzymaliśmy przygotowywała najbardziej naturalne potrawy kuchni chińskiej, jakie był nam dane kiedykolwiek skosztować. Razem z nią siedzieliśmy w kuchni i przyglądaliśmy się wszystkiemu. A potem zajadaliśmy się ziarenkami, wszelkiej maści kiełkami, zielonymi roślinkami, a nawet sałatką z liści drzewa. Ale i tak zawsze w roli głównej występował ryż. Po raz pierwszy – świeżo z pola.   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

22 lipca 2010 – Nie ma jak u mamy…

 … a jak obok nie ma mamy to trzeba się ratować supermarketem. W ten sposób ugasiliśmy nasze kulinarne zachcianki.

Co tu dużo mówić: w głowach nam się poprzewracało, bo zamiast na tofu czy owoce morza naszło nas na chleb z masłem. Marzenie o polskim jedzeniu towarzyszyło nam już od jakiegoś czasu i wreszcie naszym oczom ukazał się Carrefour. Widok w naszej podróży niecodzienny, natomiast sam widok sera żółtego w Chinach wywołał okrzyki radości na środku sklepu. Różnie można rozprawiać o globalizacji, ale była to chwila, kiedy przymknęliśmy oko na jej minusy. Ser, szynka, masło i bagietka zrobiły swoje :)

Piękne w życiu jest to, że nie ma rzeczy niemożliwych, o czym przekonujemy się co jakiś czas. Dzięki temu z optymizmem patrzymy w przyszłość. A na jej horyzoncie jawią się gołąbki… :)

 

21 lipca 2010 – O komuniście i antycznej krainie – wcale nie bajka…

 

Przeczytaliśmy gdzieś, że jeśli wybrać tylko jedną z chińskich prowincji, którą bez wątpienia należy zobaczyć, żeby poczuć klimat prawdziwych Chin, to należy skierować swoje kroki do Yunnanu – podobno jednej z najbardziej kuszących miejsc docelowych w Państwie Środka. Daliśmy się skusić i tak oto zajechaliśmy do Dali – jednej z najbardziej popularnych miejscowości w tej prowincji.

Ale żeby tutaj dotrzeć przejechaliśmy pociągiem z 1100 km. I faktycznie – po Sichuan widoki rozpościerające się za oknem zmieniły się zupełnie. Zmieniający się krajobraz najlepiej oddaje poczucie pokonywanej odległości, jakie są do przemierzenia w Chinach, podczas jechania z jednej prowincji do drugiej. W Europie podobne odległości są pomiędzy całymi państwami W Chinach bowiem każda z prowincji jest jak średniej wielkości europejskie państwo. Na dodatek populacja każdej z nich przypomina liczbę ludności, jaka zamieszkuje na przykład Polskę. Prowincja Yunnan ma 45 milionów mieszkańców….

W pociągu pierwotnie tkwiliśmy pomiędzy torbami i pachami tradycyjnie przemieszczającymi się całymi grupami Chińczyków. Pociąg był niemiłosiernie zapchany i mimo, że tym razem mieliśmy miejsca siedzące, to jednak wizja jechania kilkudziesięciu godzin w towarzystwie zwisających nad naszymi głowami innych podróżujących nie należała do najprzyjemniejszych. Wtedy przydała się nasza narodowa pomysłowość mająca swoje źródła w sformułowaniu: COŚ trzeba ZAŁATWIĆ. No i poszedł Krzysiek do kierownika pociągu. Poszedł raz, poszedł drugi, poszedł znowu. Wciąż nie było miejsc. Nie było ich aż do momentu spotkania z niepozornie wyglądającym człowiekiem. Ów człowiek koniec końców okazał się członkiem Komunistycznej Partii Chin, a zupełnie niewinną rozmowę z Krzyśkiem przeistoczył w półgodzinny wywiad, podczas którego padały pytania o stosunek do komunistycznych Chin, opinie o władzach chińskich czy polityce wobec Tybetu. Odpowiedzi były... poprawne. I wtedy nagle w cudowny sposób znalazł się wolny przedział sypialny. Zabraliśmy ze sobą poznanego w między czasie Słowaka i tak razem zajechaliśmy do tej osławionej zielonej krainy.

 

Razem z Patrykiem włóczymy się teraz po miasteczku, podziwiamy lokalnych rolników i ich cierpliwość podczas zbierania ryżu na polach. Udzielił się nam spokój tego miejsca. Na dodatek odnaleźliśmy to, czego przez cały czas pobytu w Chinach nam brakowało: ciszę, charakterystyczne spiczaste kapelusze i brak wszechobecnych słupów, fabryk i nowoczesnych budynków. Dali jest bardzo malutkim, przytulnym miasteczkiem, odgrodzonym od okolicy czterema bramami, które wychodzą na wszystkie strony świata. Przejście z jednego końca na drugi zajmuje niecałą godzinę. Dali słynie w całych Chinach ze swojego antycznego charakteru, pomieszanego z rdzenną mniejszością etniczną –Bai – która tutaj licznie zamieszkuje.

Można jednak cały czas czuć, nawet tutaj, obecność wielkich Chin. Dali, w którym my jesteśmy, jest miasteczkiem, a właściwie antyczną częścią nowego Dali, oddalonego o zaledwie 18 km. W tym sensie staremu Dali wcale nie tak daleko do nowoczesnego, zurbanizowanego miasta. Pewnie to wpływa na fakt, że to miasteczko wciaż idzie z duchem czasu. Bez problemu można tutaj znaleźć knajpkę z angielskim menu, księgarnię z obcojęzycznymi książkami, a ubrane w ludowe stroje najprawdziwsze babcie sprzedają na każdym rogu dowolne do palenia ziele… A może to kolejny wpływ wielu zamieszkujących tutaj ekspatów, którzy tak zachłysnęli się urokiem tej maleńkiej mieściny, że aż zapomnieli wyjechać…  

15 lipca 2010 – Dobra karma

Jedliśmy sobie olbrzymie śniadanie – wymarzone od dobrych kilku dni, z tostami, sadzonymi jajkami, owocami i świeżo pieczonymi muffinkami, mając za oknami górskie pasma i ciesząc oczy tybetańskim stylem, w jakim był urządzony nasz hostel. Musieliśmy mieć bardzo zadowolone miny. Dlaczego? Bo za ich pomocą przyciągnęliśmy do siebie równie zadowolonych i uśmiechniętych: Danusię, Tadeusza i Anię. W ciągu kilku chwil nawiązała się między nami bardzo fajna zażyłość i postanowiliśmy spędzić trochę czasu razem.

Nasi nowi znajomi to Buddyści. Pierwszy raz mogliśmy czerpać więc wiedzę na temat tej religii nie z książek, czy z ust przewodnika przy lokalnej stupie czy w świątyni, ale od ludzi, którzy od ponad 30 lat oddają się zgłębianiu buddyzmu.

Razem z nimi pojechaliśmy do Tagong – miejscowości, która ma w sobie iście tybetańską atmosferę. W centrum miasta stoi świątynia buddyjska, widok mnicha nie dziwi nawet turysty, a mieszkańcy Tagong chodzą ulicami z nieodłącznymi młynkami modlitewnymi, którymi cały czas kręcą. Wielkie młynki modlitewne otaczają też świątynię – są tak wielkie i ciężkie, ze my mieliśmy problemy, żeby je ruszyć. W każdym z takich młynków (i małych, i dużych) znajdują się zwinięte w rulon modlitwy. Wprawienie młynka w ruch jest niczym odmawianie modlitwy przez tego, kto nim kręci.

W drodze do Tagong przejeżdżaliśmy przez góry, na szczycie najwyższej z nich wybudowana była stupa buddyjska owinięta tysiącami chorągiewek. Stupa położona jest na wysokości 4298 m n.p.m., i przy takim też napisie dumnie się ustawiliśmy i pozwoliliśmy sfotografować. Pierwszy raz byliśmy na takiej wysokości – nie w zimowych kurtkach i czapkach, a w świetle promieni słonecznych:) Chorągiewki widnieją też na każdym domu w tej okolicy, a na zboczach gór widać wyłożone z kamieni słowa mantr buddyjskich. Na każdej z takich kawałków materiału wydrukowana jest modlitwa. Buddyści wierzą, że modlitwy w ten sposób szybko docierają do nieba.

Nasi nowi znajomi pokazali nam również w Kangding maleńką, tybetańską restaurację, gdzie zjedliśmy najlepsze momo (tybetańskie pierogi) świata! Miejsce, w którym tybetańska kucharka śmieje się i żartuje z gośćmi ugniatając w tym czasie w obu rękach momosy. Nie może w tym czasie kręcić młynkiem modlitewnym, więc ten w tym czasie kręci się sam – ustawiony na szafce i podłączony do prądu!

Mamy nadzieję, że ta dobra dla nas karma będzie trwać. A jeśli nawet odrobinę przygaśnie – na pewno odnowimy ją w Malezji. Tam właśnie mieszkają nasi buddyjscy znajomi.

13 lipca 2010 - Raz na wozie, raz pod wozem…

 … ale głównie w wozie;) Nie pierwszy raz okazało się, że żeby dotrzeć do miejsc, które zachowały lokalny realizm i tradycje, trzeba się nieźle namęczyć. Z jednej strony szkoda, że nie można wsiąść w samolot czy pociąg z kuszetkami i dojechać wygodnie w takie miejsce, z drugiej jednak strony, dobrze wiemy, że z pierwotnego charakteru tych miejsc niewiele by zostało… tylko dlatego pozwoliliśmy, żeby „Sichuan – Tibetan Highway” dała nam w kość! I to praktycznie od pierwszego autobusu, którym mieliśmy jechać 8 godzin, a skończyło się na 13… Cała nasza trasa – od Kanding, przez Ganzi, Manigango, aż po Litang to niekończące się godziny jazdy w zapchanych autobusach czy innych miniwanach.

Sposób jazdy chińskich kierowców na krętych, górskich drogach to prawdziwy koszmar! Jeździliśmy autobusami w Indiach, nawet na dachu autobusu w Nepalu – również na dużych wysokościach – ale styl chiński przeszedł nasze oczekiwania. Kierowcy tutaj wyprzedzają na trzeciego na wąskiej, zdającej się mieścić ledwo dwa samochody dróżce, nie ma znaczenia, że jest zakręt, ze nic nie widać, że jesteśmy w górach, a z boku jest przepaść. Kierowca rozmawia przez telefon, pali papierosa, i mimo, że maszyna ledwo ciągnie bo właśnie wjeżdżamy pod górkę – wtedy kierowca też wyprzedza, coś co i tak nie jedzie dużo wolniej… A wszystko się dzieje na nieutwardzonej, wyboistej drodze… Dobrze, że podskakujący po sufit pasażerowie nie rozpraszają kierowcy. Szczerze mówiąc, to dziwne, że w tych okolicznościach, tylko raz byliśmy świadkami wypadku… Wjechał na nasz jadący minibus motocyklista. Jak? Oczywiście wyprzedzał na zakręcie i na górce innego motocyklistę. Przecież zawsze była szansa 50 na 50, że ani nas ani innego pojazdu za tym zakrętem nie będzie. Motocyklista przeżył, ale w dość ciężkim stanie odwieźli go do miasta. Nasz kierowca zniknął razem z nim i tak uczyliśmy się po raz kolejny cierpliwości czekając długie godziny, aż ruszymy w dalszą drogę. 

Jeśli nie liczyć tego incydentu, to tak właśnie podskakując turlaliśmy się autobusami po Sichuanie, starając się nie spoglądać na zegarek, bo mieliśmy wrażenie, że czas w trakcie jazdy staje w miejscu. Czytać czegokolwiek nie było jak, chociaż na początku wyciągaliśmy książki. Nam się nie udało przeczytać ani słowa, ale jednemu z naszych autobusowych sąsiadów – otwartemu, starszemu Chińczykowi, z którym wymienialiśmy się uśmiechami i jabłkami, wcale to nie przeszkadzało. Chwycił książkę i czytał!!! Normalnie co jakiś czas przerzucał kartki, mając przy tym bardzo zainteresowany wyraz twarzy. Po godzinie pokazał kciukiem, że lektura niezła – widać nie przeszkadzało mu ani to, że książka była po angielsku, ani, że ją trzymał… do góry nogami.

A propos komunikacji – im dalej od dużego miasta, tym trudniej było nam porozumieć się z Chińczykami. Nikt na prowincji nie mówi po angielsku. A może trzeba napisać: wszyscy mówią, ale tylko „Hello”. Krzyczą na ulicach, zaczepiają, uśmiechają się, ale niestety na „Hello” możliwość komunikacji się kończy. Dlatego nie rozstawaliśmy się z naszym notesikiem i długopisem, w którym metodą obrazkową próbowaliśmy pokazać, dokąd chcemy jechać czy co chcemy zjeść. Jak się można domyślać, skutek był różny.

Szkoda, że nie możemy napisać, że cierpliwość jazdy się opłacała… Widoki za oknem były naprawdę cudowne! Zresztą nie mogło być inaczej, skoro otaczały nas potężne góry, powiewające chorągiewki modlitewne na prawie każdym kilometrze i piękne, tybetańskie domy. To wszystko jednak niestety nie do końca zgadzało się z tym, co miało do zaoferowania miejsce docelowe. Bo po tych wszystkich wspaniałościach autobus wjeżdżał w końcu do jakiegoś miasteczka, w którym – owszem czas się zatrzymał – jeśli mierzyć postęp obecnością brukowanych ulic i dostępnością jakichkolwiek turystycznych udogodnień. Na dodatek, trzeba oddać, że architektura tych miasteczek jest jedyna w swoim rodzaju! Nigdzie więcej nie widzieliśmy tylu kolorowych domów, ozdób, zdobień… Ale jednak w tym wszystkim otaczająca bieda i bród nie miała nic wspólnego z tym, co jeszcze 10 km przed granicami miasta można było nazwać urzekającym. Po raz kolejny okazało się, że można pojechać do wioski, w której nie zatrzymuje się żaden lokalny transport i oddać się podziwianiu dziewiczego krajobrazu. Niestety wymaga to nie kupna biletu na autobus, ale wynajęcia jeepa, co dziesięciokrotnie podwyższa cenę (sprawdzaliśmy…). Dlatego trudno – głową muru nie przebijemy.

Uczestniczyliśmy  po trochu w życiu każdego miasteczka, do którego zajechaliśmy. Za każdym razem jednak trudno było nam znaleźć miejsce, gdzie można zjeść coś pewnego pochodzenia. A trudno było uniknąć serdecznego zapraszania do „restauracji”, w której drzwiach, na podłodze leżała głowa byka, jeszcze ciepła i ociekająca krwią… brr… No ale przynajmniej to znak, że dają świeże mięsko.  Po tygodniu stwierdziliśmy, że dobrze byłoby położyć się spać i nie myśleć co tym razem po nas chodzi i zjeść coś innego niż makaron instant. I dlatego zdecydowaliśmy, że nasza podróż po Sichuan dobiega końca. Wróciliśmy do Kanding, skąd mieliśmy od razu jechać do następnej chińskiej prowincji, znanej z tarasów ryżowych, czyli Yunnanu. I pewnie wtedy mielibyśmy niedosyt tybetańsko – buddyjskiej atmosfery. I już, już mielismy wyjeżdżać, ale zatrzymało nas spotkanie z niezwykłymi ludźmi. I oni, i to, co nam przekazali zasługuje jednak na zupełnie nowy wątek.

 

 

 

 

 

 07 lipca 2010 – U bram Tybetu

Ostatnie dni spędziliśmy na planowaniu naszego pobytu w prowincji Sichuan, a dokładniej jego północnej części. Zależy nam bardzo na poznaniu tych rejonów, ponieważ nie raz słyszeliśmy, że tutaj kończy się świat chiński, a zaczyna tybetański. Sichuan bowiem graniczy z Tybetem, do którego niestety nie tak łatwo wjechać. Władze w Pekinie jeszcze bardziej obostrzyły zasady poruszania się po Tybecie przez obcokrajowców (już wcześnie było wymagane szczególe pozwolenie na wjazd do tego regionu). Oczywiście wszystko to pociągnęło za sobą wzrost kosztów podróży. Obecnie w Tybecie można poruszać się tylko z przewodnikiem. Generalnie cały pobyt musi być załatwiony przez agencję turystyczną, przez co dzienny koszt podróży i pobytu w Tybecie to ok. 100 USD na osobę – dla nas zbyt wysoki.  Dlatego postanowiliśmy dojechać najbliżej jak się da, czyli do samej granicy z Tybetem. Zdecydowaliśmy się pokonać „Sichuan – Tibet Highway”, o której piszą, że samo jej przejechania jest wyzwaniem. Nic dziwnego trasa biegnie przez wioski położone średnio 4000 m n.p.m. To teren, w którym zielona herbata zamienia się w herbatę z masłem, konfucjanizm zostaje zastąpiony przez buddyzm, a ludzie to mieszanka rozmaitych mniejszości etnicznych.

Póki co, mamy za sobą pierwszy odcinek. Jesteśmy właśnie w Kangding, które leży na wysokości 2600 m n.p.m.  Jego mieszkańcy to w dużej mierze Tybetańczycy – ciekawie ubrani i bardzo pogodni ludzie. Na razie takie spostrzeżenia muszą i nam, i Wam wystarczyć ;) Będziemy piąć się w górę i tam mamy nadzieję dłużej obcować z tutejszą rdzenną ludnością. Na razie to co widzimy, to podobno tylko przedsmak. Mimo, że Kanding to dość duże miasteczko (prawie 100 000 mieszkańców, no ale to w końcu Chiny, wiec mimo wszystko miasteczko…), to z okien widać już ośnieżone szczyty otaczających nas gór. Jadąc tutaj mieliśmy też przepiękne widoki za oknem – olbrzymie  (ok 6000 m n.p.m.) masywy górskie, porośnięte trawą wzgórza, pnąca się i kipiejąca zielenią roślinność. Sama droga była dość uciążliwa – przejechanie 300 km zajęło nam 9 godzin. Ta piękna i trudna trasa będzie nam towarzyszyć do samej granicy z Tybetem.

Bardzo dobrze nam tutaj. Czujemy, że warto było przedzierać się w szerz Chin, żeby tu dotrzeć. Niewątpliwą zaletą jest też to, że spotkaliśmy tutaj naprawdę niewielu turystów, co w porównaniu do poprzednich naszych odwiedzanych miejsc w Państwie Środka, jest ogromnym plusem. Dlatego od dwóch dni pozwalamy się oglądać na ulicach, a i my coraz śmielej patrzymy na naprawdę niezwykle pięknie ubranych ludzi, ostrożnie smakujemy słynnej ostrej sichuanskiej kuchni. Zaczynamy też wyjmować z plecaków nasze polary – mimo, że jesteśmy obecnie w najcieplejszym okresie, to z pewnością nie jest to lato. Przyzwyczajamy nasze organizmy i do większego chłodu, i do wysokości. To ostatnie po to, żeby jutro móc ruszyć dalej. Czeka nas kolejne 10 godzin w lokalnym autobusie wzdłuż krętych górskich dróg. Patrząc na mapę,  trudy podróży powinny nam wynagrodzić widoki maleńkich tybetańskich wiosek… Wyobrażenie ich atmosfery już teraz zawładnęło nami bez reszty.

  

02 lipca 2010 – 24 godziny w restauracji

Czasami w życiu bywa tak, że człowiek nastawi się na coś, narysuje obraz tego w swojej wyobraźni i nic nie jest w stanie zmienić jego postanowień. Czasami też, może z powodu kontrastu pomiędzy rzeczywistością a wyobrażeniem oczekiwania znacznie przerastają, to z czym człowiek w konsekwencji się spotyka. I dopiero jak się odrobinę odpuści, pozwoli na to, żeby los sam przyniósł rozwiązania, wtedy wszystko nagle okazuje się być na właściwym miejscu. Jak teraz.

Zmieniliśmy trochę trasę naszej podróży po Chinach, nadłożyliśmy kilometrów, nie zdążyliśmy kupić biletów na dalszą podróż (a należy je kupować właśnie z wyprzedzeniem) i jeździliśmy jak pijane zające po to, żeby dotrzeć do klasztoru Shaolin – miejsca w którym narodziło się kung fu. Myśleliśmy o dotarciu do pradawnej szkoły, chcieliśmy uczestniczyć w budowaniu siły umysłu, a na miejscu zastaliśmy mega komercyjny kompleks, który poza chłopcami w kolorowych dresikach niewiele ze sztukami walki miał wspólnego. Parę godzin i kilkaset Yuanów później staliśmy na dworcu w Zhengzou. Tutaj zmieniliśmy nasze plany o 180 stopni: zamiast do nowoczesnego Shanghaju jedziemy do Chichuan - starej chińskiej prowincji graniczącej z Tybetem. Na 15 minut przed zamknięciem kas (aż do następnego poranka w mieście gdzie tylko brud i smród) udało nam się kupić bilety do Chengdu – stolicy Chichuan. Usłyszeliśmy od pani w kasie, że podróż zajmie nam około 12 godzin, więc zdecydowaliśmy się na bilety bez miejscówek, czyli po prostu stojące. Uznaliśmy, że znajdzie się dla nas miejsce na którymś z korytarzy i weszliśmy na dworzec. Byle jechać już dalej.

Dworce chińskie zaskakują swoją wielkością. Tutaj kolej to przeogromny przemysł, z niesamowicie wielką ilością podróżnych i kursujących pociągów. Każdy pociąg posiada około 18 wagonów, w wagonie mieści się 118 osób, co daje około 1300 podróżnych – na pojazd! Podróżują całe miliony Chińczyków i my :).Taka kalkulacja wyjaśnia ilość kas na dworach kolejowych. Jest ich w mniejszych miejscowościach kilkanaście, a w miastach trzydzieści czy nawet pięćdziesiąt. Już tutaj zaczyna się walka o posiadane miejsce w pociągu. Jak już się kupi bilet to rozpoczyna się etap czekania na pociąg. Nie wiemy czy to chińska mentalność, czy też po prostu wyuczony sposób na radzenie sobie żyjąc w najbardziej zaludnionym państwie świata, ale na kilka godzin przed odjazdem pociągu przed dworcem zalegają tłumy. Leżą, grają w karty, jedzą. I czekają aż przejdą do etapu drugiego, czyli aż ich pociąg pojawi się na tablicy informacyjnej, co jest znakiem żeby wstać z ziemi i zacząć się przeciskać przez bramki kontrolne. Bramki po pierwsze służą kontroli posiadania biletu (tak, aby nikt inny już bardziej budynku dworca nie zaludniał) i kontroli bagażu. Mimo, ze etap drugi do odjazdu pociągu dzieli kilka godzin Chińczykom nie przeszkadza to w przepychaniu się i siłowym parciu do przodu. A z przodu jest poczekalnia, czyli etap trzeci. Poczekalni na dworcach jest kilka i są podzielone ze względu na platformy, z których odjeżdżają pociągi. Tutaj tysiące ludzi już najwidoczniej rozpoczyna swoją podróż, ponieważ zaczyna się gotowanie i jedzenie popularnych zupek chińskich, parzenie herbaty i załatwianie potrzeb fizjologicznych (na szczęście w licznych toaletach). Niby wszyscy są zrelaksowani – bo przecież znajdują się we właściwym miejscu i czasie, co pozwala stwierdzić kolejna kontrola biletów, ale jednak czujnie trzepoczą uszami na każdy płynący z głośnika komunikat. I jak tylko właściwy tysiąc podróżnych usłyszy numer swojego pociągu, to zrywa się, chwyta prawie w locie swoje olbrzymie walizy i worki w kratkę i krzycząc przy tym niemiłosiernie przepycha się ile sił, taranując innych czekających i tych też biegnących, do kolejnych bramek. I co z tego, że od momentu komunikatu do otwarcie bramek jest jeszcze jakieś dobre 10 minut? Kolejka cudownie się przesuwa, tyły napierają na przody i jest wrażenie, że nie stoimy w miejscu. Czyli warto się było pchać. Jak tylko bramki puszczają to zaczyna się etap ostatni czyli bieg na peron. Nam nasunęło się wspomnienie nagłej zmiany peronów na PKP trzy minuty przed odjazdem pociągu – wtedy też biegliśmy. Ale tutaj nadal mamy bezpieczne pół godziny.

Czekając razem ze wszystkimi wymyśleliśmy sobie sprytny plan przekoczowania całej drogi w wagonie restauracyjnym. Mogliśmy według założeń jeść i pić tam całą noc, a i tak koszt może być mniejszy od kupienia miejscówki. I w momencie, kiedy stanęliśmy z restauracją twarzą w twarz, zrozumieliśmy motywację do biegania po dworcu: wagon restauracyjny był pełniusieńki, podobnie jak korytarze wszystkich pozostałych osiemnastu. Okazuje się, co dobrze wiedzieć, że pobyt w wagonie restauracyjnym to niepisany sposób na przebycie podróży pociągiem. Wagon w ciągu dnia funkcjonuje „normalnie” – co oznacza, że w wyznaczonych godzinach można przyjść na śniadanie lub obiad, w pozostałych porach wagon jest przestrzenią życiową dla załogi. Natomiast w nocy, a dokładnie o 22 restauracja otwierana jest dla tych, co chcą zaoszczędzić, ale nie na tyle, żeby spać w przejściu. Na dodatek jak się okazało, można obłożyć się swoim własnym jedzeniem i nie trzeba nic w restauracji zamawiać. Takie zwyczaje.

 Znów mieliśmy dużo szczęścia, bo pojawiliśmy się w pociągu parę minut przed 22, stoliki były już pozajmowane, z wyjątkiem jednego – na początku. Niewiele się zastanawiając usiedliśmy przy nim, bezpardonowo przesuwając dwóch panów w podkoszulkach. Wszyscy patrzyli na nas z zaciekawieniem, bo dopiero później od jednego z współpasażerów mówiącego po angielsku usłyszeliśmy, że to stolik specjalny zarezerwowany dla obsługi. I to obsługi nie byle jakiej, bo dla „master of the train” i jego świty. Wystarczyło spojrzeć na tłumy zalegające w całym pociągu i na to jedno jedyne wolne miejsce żeby zrozumieć, co to oznacza w Chińskiej Republice Ludowej. Ale my byliśmy gotowi krzyczeć „komuno wróć!” byle nas nie wyrzucili ze zdobytych miejsc. A potem wszystko było jak z filmu…. Master nas polubił, wręczył prezent w postaci plastikowej zapalniczki, nie kazał wyrzucać nawet w godzinach wyłącznie dla załogi, uznał za swoich, bo zostaliśmy tam przez całe 24 godziny (bo tyle ostatecznie trwała podróż). I tak oswajaliśmy się nawzajem: my i obcy, czyli oni, albo oni i my czyli obcy. Koniec końców wbiliśmy się przecież w sedno komunistycznego hasła: "od każdego według jego zdolności, każdemu według potrzeb"… Zresztą chyba oni patrząc na nas, od samego początku nie mieli wątpliwości, że mają do czynienia z takimi, co idą łokciami przed podróż, byle taniej, byle dalej.  

30 czerwca 2010 - Armia Chińczyków

Do Xi’an przyjechaliśmy wyłącznie po to, żeby zobaczyć Armię Terakotową, bo w rzeczywistości nic innego tutaj nie ma. Przynajmniej dla nas, ponieważ wielkim miastom mówimy zdecydowane nie, a my przecież jeszcze nie ochłonęliśmy po pobycie w Pekinie. Co prawda na naszej trasie jest jeszcze Szanghaj, więc tym bardziej nie zamierzaliśmy zostawać tu na dłużej.

Myśleliśmy, ze Armia Terakotowa to miejsce bogate w spektakularne widoki. Wyobrażaliśmy sobie imponujące ilości glinianego wojska ukrytego w tajemniczych kryptach. W rzeczywistości do zwiedzania udostępnione są trzy nowoczesne budynki, w których w sumie znajduje się około 2000 żołnierzy oraz kilkaset koni. Na dodatek w odkrywaniu prehistorycznego świata nie pomaga otaczającą nas w tym miejscu współczesność w postaci Shoping Center, KFC czy McDonalda.

Pierwotnie zniechęceni tym całym widokiem, postanowiliśmy dać armii szansę. Głownie z uwagi na fakt, że sama idea jej stworzenia jest dość niezwykła. Figury zbudowane zostały  jeszcze za życia pierwszego cesarza Chin około 200 r p.n.e po to, żeby po jego śmierci strzec swojego władcy i pomóc mu dojść do władzy w życiu poza grobowym. To dlatego zostały wraz z nim zakopane pod ziemią w momencie pochówku. Pierwotnie tworzyło ją około 8000 żołnierzy. naturalnej wielkości, wykonane z wypalanej gliny (terakoty). Pomimo takiej ilości nie ma dwóch takich samych figur – każda ma inny wyraz twarzy czy strój. W momencie odkrycia figury były pomalowane, jednak wyciągniecie ich na światło ziemne spowodowało, ze z czasem kolory zniknęły. Stąd dziś możemy oglądać „tylko” gliniane pozostałości armii, częściowo zresztą zrekonstruowanej.

Spotkaliśmy się z różnymi opiniami na temat tego, czy warto armię oglądać na żywo czy nie. I pewnie nie jechalibyśmy z Polski specjalnie po to, żeby ją zobaczyć, ale będąc tak blisko uznaliśmy, że warto. I mimo, że zdecydowanie lepiej prezentuje się ona na zdjęciach, to fajnie mieć taką lekcję historii w bezpośredniej formie.

Oprócz terakotowych żołnierzy mogliśmy oglądać tam tez całą armię turystów chińskich. Podobne wrażenia mieliśmy zwiedzając Pekin, dzisiaj okazało się, że Chińczycy kochają nie tylko swoją stolicę, ale najprawdopodobniej cały kraj. I dlatego z takim upodobaniem po nim jeżdżą. Jeżdżą całymi grupami, z obowiązkowymi czapeczkami, proporczykami lub koszulkami w jeszcze bardziej obowiązkowym równym kolorze. Na czele takiej wycieczki idzie przewodnik w jednej ręce trzymając flagę, a w drugiej megafon. Po co megafon? Bo przewodnik z innej wycieczki też ma megafon i jest za głośno, żeby mówić do grupy bez niego. Cyrk. Na dodatek chińska wycieczka uwielbia sobie robić zdjęcia. Przy wszystkim co zobaczą i ze sobą na zmianę. Zabawne jest patrzeć jak mają dobrane pozy do okoliczności: przy miejscach pamięci stoją na baczność (dosłownie!), jeśli jest ich więcej stoją po prostu w szeregu. Przy pozostałych atrakcjach uśmiechają się i pokazują rękoma znak Victory lub po prostu, że jest OK.!

To  upodobanie do robienia zdjęć swoich rodaków wykorzystuje się w takich miejscach jak muzeum Armii Terakotowej. Przy stoiskach ze sztucznymi żołnierzami ustawiają się większe kolejki, niż przy rzeczywistej wystawie. Można też przeczytać tam zdania typu: „To ma dużo większą wartość, niż za to płacisz”. Płacisz niewiele (10Y) i na dodatek nie masz problemu gdzie odebrać zdjęcia, bo robisz je swoim aparatem. I jak tu nie pokazywać, że jest OK.?!  

28 czerwca 2010 - Nightlife in China

Czerwiec miesiącem naszych urodzin, więc to najlepszy moment, żeby nie tylko przyglądać się, jak wygląda miasto nocą, ale przekonać się, jak bawią się Chińczycy. Let's join!

26 czerwca 2010 - Niebo gwiaździste nam nami, a Wielki Mur dookoła

Wielki Mur. Chiński znak rozpoznawczy. Niezaprzeczalnie największy mur na świecie. Widziany, jako jedyna budowla na ziemi, gołym okiem z kosmosu (mimo, że NASA donosi, że podobnie jak wielkie miasta można go zobaczyć jedynie z ziemskiej orbity). Wybudowany rękoma tysiąca robotników ponad 2000 lat temu. Legendy mówią nawet o wykorzystywaniu kości niektórych z nich jako materiału budowlanego… Wczoraj wreszcie mogliśmy sami się przekonać, czym Wielki Mur jest naprawdę.

Pierwotnym celem Wielkiego Muru było osłanianie północnych Chin przed najazdami ludów z Wielkiego Stepu. Do przekazywania wiadomości alarmowych na wypadek zbliżania się nieprzyjaciół służyły wieże sygnalizacyjne rozmieszczone co 100 metrów, na których w nocy zapalano ogień, a w dzień wypuszczano dym, który błyskawicznie był przekazywany wzdłuż całego kraju systemem "od wieży do wieży".

Wielki Mur znajduje się w promieniu ok. 100 km od Pekinu. Najbardziej popularnym odcinkiem muru jest Badaling – oddalony od stolicy Chin o około 60 km. Tam znajduje się prawdziwa baza turystyczna wyposażona w sklepy z pamiątkami i restauracje. W przeciwieństwie do innych odcinków, Badaling jest w całości otwarty dla zwiedzających. W Pekinie bez problemu można kupić zorganizowaną wycieczkę za około 180 Y (około 25 USD). Jednak za taką wygodę trzeba płacić brakiem realizmu oglądanego muru, ponieważ został on całkowicie zrekonstruowany właśnie z myślą o turystach. W związku z tym taka forma zwiedzania przyciąga całe setki zwiedzających każdego dnia.

 

Konkurencją dla Badaling są bardziej dzikie odcinki muru takie jak Huanghua, Simatai czy Jinshanling. My zdecydowaliśmy się na najbardziej oddalony od Pekinu (ok. 120 km) fragment muru. Ze stolicy pojechaliśmy do sąsiadującej z Jinshanling miejscowości lokalnym autobusem, stamtąd zmuszeni byliśmy skorzystać z usług lokalnego przewoźnika, ponieważ nie kursują na tej trasie żadne autobusy.

Wyruszyliśmy z zamiarem przejścia kilku kilometrów w okolicach Jinshanling. Jest to przepiękny, niezwykle dziki, nierekonstruowany odcinek, posiadający 24 wieże, które wyznaczają każdy kolejny fragment, który raz pojawia się, a raz ginie za horyzontem. Wyjątkowość tego miejsca polegaŁA też na tym, że poza jedną chińską rodziną nie spotkaliśmy tam absolutnie nikogo. Idąc przed siebie, wyznaczając sobie każdą kolejną wieżę za cel – często okupiony potem kapiącym z czoła i nie dającym się ugasić pragnieniem - zatraciliśmy się w drodze zupełnie. Doskwierał nam upał, ciężkie plecaki, coraz mniejsza ilość posiadanej wody i górzyste ukształtowanie terenu. Zdobywaliśmy jedną wieżę za drugą – idąc raz z górki, zaraz potem wspinaliśmy się po stromych schodach w górę. Wysiłek jednak z każdym przebytym metrem był wynagradzany przepięknym widokiem zapierającym dech w piersiach. Towarzyszyła nam pustka, a jedynym głosem były osuwające się spod nóg kamienie.

Pomimo panujących zakazów zdecydowaliśmy się spędzić noc na murze. I było to jedno z najbardziej niesamowitych doświadczeń w naszej dotychczasowej podróży. Wyposażeni w wodę I śpiwory mogliśmy przyglądać się tej antycznej budowli, mając wrażenie, jakby cały mur był wyłącznie dla nas. Czerwiec to bardzo ciepły miesiąc, więc pomimo dużej wysokości, na której byliśmy, mogliśmy spać na zewnątrz, a nie w jednej z wież. Dzięki temu pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy zaraz po przebudzeniu był Wielki Mur. Dopiero następnego dnia okazało się, że przeszliśmy do ten fragment w całości i że dotarliśmy aż do Simatai. Po trzech godzinach porannego marszu spotkaliśmy chińskich turystów, którzy zdziwieni, że zbliżamy się do nich od teoretycznie niedostępnej części muru, zaprosili nas na serwowaną w prawdziwie chiński sposób, świeżo zaparzoną herbatę. Po tym atrakcyjnym rytuale wyruszyliśmy razem z nimi samochodem w drogę powrotną.

24 czerwca 2010 – Hutongi

Mówi sie, że prawdziwa kultura Pekinu to kultura hutongów. Cieszymy się, że przyjechaliśmy tu teraz, a nie za kilka lat, ponieważ juz od pierwszych dni pobytu w stolicy Chin, chodząc po zaułkach miasta, zauważyliśmy, że niedługo kulturę Pekinu przeniknie głównie nowoczesność.

Hutong to typowa uliczka w Pekinie, sposób zabudowy, którą zapoczątkowała dynastia Yuan w XIII w. Około dziesięć tysięcy domków skupionych jest w formie hutongów głównie w obecnym centrum, czyli w okolicy Zakazanego Miasta, które stanowiło siedzibę dynastii Ming oraz dynastii Yuan.  Wzdłuż takiej uliczki ciągną się dziesiątki połączonych ze sobą kwadratowych, bardzo niskich i małych mieszkań. Są to bardzo proste budynki, których często znakiem rozpoznawczym są charakterystyczne w chińskiej zabudowie dachy. Życie w znacznej części toczy się na ulicy: od frontu wisi pranie, jego domownicy siedzą przed wejściem, jednocześnie prowadząc malutki, rodzinny interes: sprzedają napoje, jedzenie, słodycze. W każdym z hutongów jest publiczna toaleta. Nie ma jej w żadnym z mieszkań, ponieważ hutongi nie posiadają bieżącej wody.

Obecnie hutongi w coraz większej części stanowią nie sposób życia mieszkańców, ale cel turystycznych wycieczek. Jednak nadal pozostają niezwykle urokliwe. Zwłaszcza te, do których docierają nieliczni turyści. Niewątpliwie w tych miejscach są one wciąż żywe i niezaprzeczalnie prawdziwe. Im dalej w szliśmy w głąb hutongów, im bardziej wiły się uliczki, tym wyraźniej czulismy, że do każdego hutonga przypisana jest zawsze jakaś historia. Tym większa szkoda, że coraz większa ich ilość na naszych oczach staje się historią, ale w innym tego słowa znaczeniu, ustępując miejsca szklanym wieżowcom, fast foodom oraz centrum handlowym. Mieszkańcy hutongów położonych w mniej zurbanizowanych  częściach miasta mają więcej szczęścia, ponieważ ich domy są kompleksowo przebudowywane przez państwo. Dzięki temu zyskują oni nowe i czyste mieszkania. Jednak widok ciężkiego sprzętu w centrum miasta spowodował, że po wielogodzinnych spacerach po Pekinie wniosek pojawił się w naszych głowach następujący: Nie odkładaj marzeń na później…  

21 czerwca 2010 – Beijing duck

Mutton (z ang. baran) to słowo, które pożegnaliśmy wyjeżdżając z Mongolii. Bo kaczka to nie baran. I choć powinniśmy nasze pierwsze kroki skierować w stronę atrakcji turystycznych Pekinu, to jednak ani nie Zakazane Miasto, ani Plac Tiananmen, ani fragmenty Wielkiego Muru nie były w stanie wygrać z chęcią zjedzenia czegoś co baranem nie jest.

Pociąg do Pekinu pełen był podobnych do nas, wygłodniałych podróżnych i po raz pierwszy od dawna tematem numer 1 było nie opowiadanie o przebytej drodze, ale jedzenie.

Chińska kuchnia jest jedną z najbardziej zróżnicowanych na całym świecie. Ulice Pekinu pełne są barów, restauracji, stoisk, a nawet bram, w których coś się dymi i pachnie, a kartony pełnią rolę stolika. Wszystko po to aby nikt, kto tutaj zawita nie opuścił tego miejsca bez spróbowania tutejszych specjałów. A podstawowym jest kaczka po pekińsku.

Beijing duck to więcej niż danie. To symbol miasta. To nazwa ulicy, nadruk na sprzedawanych koszulkach i najbardziej popularna nazwa dla większości restauracji. Jej wyjątkowość polega na specjalnym przyrządzeniu – jest nafaszerowana cebulą i ciastem naleśnikowym i maczana w specjalnym sosie z wędzonych śliwek. Kaczka po pekińsku to danie niezmiernie bogate - również w kalorie i kosmiczną ilość cholesterolu. Ale pomimo eleganckich Chinek, które ubrane w przepiękne kimona, kłaniając się kuszą, by przekroczyć próg restauracji (którejś z kolei Beiging duck), my nadal dojrzewamy do tej decyzji. Bo mimo, że kaczka to nie baran, to mięso nadal pozostaje mięsem. Dlatego nasze serca podbijają zupki chińskie i inne makaronowe specjały. Naszym odkryciem są okrągłe pierogo-pyzy nadziewane marchewką, lub kapustą, czy też szpinakiem. To jedno z nielicznych dań, które można jeść palcami. Pozostałe wymagają umiejętności posługiwania się pałeczkami. Więc siorbiemy, jak lokalni, ciągnący się w nieskończoność makaron gotowany w rozmaitych szerokościach, kolorach, czasami nawinięty na pałeczki, które moczą się w ostrym sosie lub po prostu pływający w wielkich misach niczym zupa. Smak takich potraw można urozmaicić sobie sosem sojowym, w którym maczamy przeróżne warzywa, często nie znając nawet ich nazwy. Jest też wiele dań, w których można znaleźć orzechy ziemne – w połączeniu z tofu, szpinakiem, a nawet zupą są niezapomnianą ucztą smaków. Spróbowaliśmy też obowiązkowej zupy won ton z pierożkami oraz znanej na całym świecie zupy hot and sour. Gotowana na ulicy, na naszych oczach smakuje lepiej niż w niejednej chińskiej restauracji.

Będzie też czas na ryż. Ten jednak musi poczekać aż wyjedziemy z Pekinu, gdzie podobno stanie się narodowym daniem, i na czas kiedy sprawniej posługiwać będziemy się pałeczkami. Ćwiczenie czyni mistrza.